Azja. Japonia. Cedry i wulkany
5–22.07.2017

O 5:01 w Tokio. Jako że jet lag pozwolił mi się kompletnie wyspać do 2 a.m., zaliczyłam już hotelowy onsen, wycieczkę po okolicy, a teraz z lubością myślę o najbliższych trzech tygodniach w kraju, który kocham bezgranicznie i bezkrytycznie pierwszą miłością nastolatki. W ostatnim numerze „Polityki” zamieszczono felieton pt.”Wakacje wśród swoich”, który mnie z lekka zasmucił. Chodzi o ofertę biur podróży, m.in. Rainbowtour, skierowaną do rodaków, a polegającą na zapewnieniu im wszystkiego co polskie na „zagranicznych” wakacjach typu Grecja, Egipt czy Tunezja (jedzenie, obsługa hotelowa, towarzystwo – żywcem jak w Łebie)… Jakem daleka od wulgaryzmów, po lekturze nie strzymałam. Bo jak ten uciemiężony, smutny, zaściankowy naród, tkwiący mentalnie w dziewiętnastowiecznym folwarku ma poczuć chęć poznawania świata, zdobywania doświadczeń, jak ma się zmotywować do nauki obcych języków, jeśli nie dozna przyjemności konfrontacji z inną kulturą nawet na wakacjach?! Nigdy w ten sposób nie wyjdzie poza kotlet schabowy i piwo, parawaning na plaży, głośne, wielogodzinne rozmowy przez komórkę przy hotelowym basenie i śpiew „Hej, sokoły”. A parafrazując słowa nieodżałowanego Stanisława Barei, swoją drogą strach pomyśleć, ile miałby teraz wdzięcznych tematów na filmowe scenariusze, „nigdy nie pojadę z biurem podróży”. Wczorajsza kolacja, w pierwszym – lepszym barze przy hotelu, w koreańskim stylu, królowała oczywiście kapusta kimchi, marynowane pikle i rzepa jako przystawki, a z łakomstwa jeszcze zupa z pierożkami mięsnymi i ciasteczkami ryżowymi. Dodam, że zupy serwuje się tutaj w miskach wielkości szaflika.

Zapowiada się piękny dzień. Szkoda, że śniadanie dopiero za pół godziny. Co ta zmiana czasu wyprawia z człowiekiem!

Tym razem, w wyniku drobnej pomyłki mego męża, który miast zarezerwować pokój w hotelu w Tokio dokonał rezerwacji w Tajpej, wylądowałam w dzielnicy Akasaka, i dziwnym zrządzeniem losu, nie pod mostem, czego się obawiałam, bo pomyłkę odkryliśmy na dwa dni przed wylotem, a w bardzo przyjemnym hotelu, którego właściciel celuje w skromności, bowiem nazwał go Super Hotel. Tokio, jak i inne stolice, w przyzwoitym przedziale cenowym, oferuje pokoje hotelowe w rozmiarach niewielkiej łazienki, a łazienki w rozmiarze małych w.c., ale że tendencja jest ogólnoświatowa, więc trudno. Natomiast prawdziwym majstersztykiem jest dotarcie pod żądany adres bez wsparcia w postaci GPS, gdyż Amerykanie na odchodnym podczas II wojny światowej zrównali Tokio z ziemią, zabudowa była w całości drewniana, więc wystarczyła jedna zapałka, i obowiązująca numeracja budynków oddaje jedynie chronologię ich powstania, a nie kolejność budynków przy danej ulicy,. A że tutaj wciąż się buduje na wielką skalę, teraz głównie wyburzając stare i w tym samym miejscu wznosząc drapacze chmur, więc kołomyja z numeracją przysparza trudności nawet rdzennym tokijczykom. Parter i piwnice budynków wykorzystuje się na lokale użytkowe, głównie bary, restauracyjki, kawiarnie i herbaciarnie, z rzadka na maleńkie sklepy. Dzisiaj kolejny raz miałam przyjemność obserwować, jak działa tutejsze społeczeństwo. Otóż na stacji metra do punktu informacyjnego podeszły dwie starsze panie, mocno zaaferowane. Po króciuteńkiej wymianie ukłonów z pracownikiem metra jedna z nich promiennie się uśmiechnęła delikatnie dotykając ramienia drugiej. W tym czasie pan z obsługi wskoczył do swej przeszklonej kanciapki i triumfalnie wyniósł z niej damską torebkę, pokazując ją obu pasażerkom. Po szybkim sprawdzeniu jej zawartości, w tym portfela, wzajemnym uśmiechom i ukłonom nie było końca. Szacuje się, że tokijskie metro przewozi codziennie ok. 15 mln. pasażerów, jak wynika z tej historii – uczciwych. Wprawdzie narodowym napojem jest tu herbata, ale i dla kofeinistów znajdzie się coś miłego.

Tokijska architektura, czyli zgrabny mix nowoczesności i tradycji, szczególnie wysoki poziom osiągnęła w najbardziej luksusowej dzielnicy Ginza. To tutaj mają swe przyczółki wszystkie topowe marki świata, od rodzimego Sony /niepowtarzalna biała elewacja i nietypowa bryła/ po Philipa Patka.

Bodaj najbardziej znane skrzyżowanie na świecie, w Ginzie, i japońskie usprawnienie, czyli zebry we wszystkich kierunkach. W godzinach szczytu pokonuje je /jednorazowo!/ 25 tys. przechodniów. I coś, co Nissan przygotował dla dużych chłopców na 2020 r., ale pewnie i dziewczynki chętnie by się w tym pościgały.

Kolacja w trzystuletniej restauracji, mieszczącej się na obrzeżach Ginzy, do której zaprosili nas wczoraj Sachiko i Toge san. Dawniej w okolicy produkowano najlepsze gatunki sake, teraz po gorzelniach nie ma już śladu, a w ich miejscu powstały wieżowce, tym bardziej więc zastanawiające jest, jak udało się przetrwać napór nowoczesności parterowej restauracji sprzed wieków. Zasady działania niezmienne od lat : skromna karta dań, a raczej wiszących u powały kartek z ich nazwami /oczywiście tylko po japońsku/, oferująca wyłącznie tradycyjne, wegetariańskie przekąski /do XX w. Japończycy w ogóle nie jadali pieczystego/, przygotowywane przez męża właścicielki i przez tę ostatnią serwowane gościom. Przyszliśmy nieco za późno i większość jedzenia oferowanego tego dnia zdążyli już pochłonąć nasi poprzednicy, ale i tak doznania kulinarne sięgały nieba. Zwłaszcza pasta z tofu z sezamem, opiekane plastry tofu, mikroskopijne krewetki i rodzaj chrupkich, śnieżnobiałych warzyw w plasterkach z ciągnącym, lepkim sosem, niestety nie udało mi się ustalić nazwy warzywa, choć bardzo się starałam. Potrawy muszą być idealnie świeże, więc czas urzędowania restauracji wyznacza nie tyle ochota gości do biesiadowania, co ilość przygotowanego przez szefa jedzenia. Podczas kolacji wywiązała się dyskusja o prawach konsumenckich i muszę przyznać, że ich zakres nawet mnie zdumiał. Otóż japoński konsument ze sprzedawcą może zrobić dosłownie wszystko, jeśli tylko jakość towaru czy usługi obiektywnie może budzić jakiekolwiek zastrzeżenia. A że proces przed sądem polubownym /!/ dla przedsiębiorcy jest największym z możliwych upokorzeniem, nikt go nie ryzykuje, co wymusza nienaganną jakość. Prawda, że proste?

Taka ciekawostka. Jak wiadomo Japończycy, obok Skandynawów, są najbardziej na świecie zakręconą nacją na punkcie ochrony środowiska. Segregacja domowych śmieci jest zaawansowanym technologicznie procesem, np. zwykłą butelkę rozbiera się na czynniki pierwsze, bo zakrętka ląduje w zupełnie innym koszu niż etykieta, a w jeszcze innym pozostałości. Toteż ze zdumieniem odkryłam podział w hotelowym koszu na śmieci /podział na palne i nie/. Już oczyma wyobraźni widzę, co też z tą dychotomią zrobiliby moi wiejscy sąsiedzi…

Park Hibiya. Mniej wprawdzie znany niż Ueno czy Yoyogi, ten ostatni choćby z książki Joanny Bator, ale za to z niezwykłą kwiaciarnią Hibiya Kadan przy wejściu. A w tej kwiaciarni feeria barw, naturalnych i sztucznie podrasowanych, w istnym rogu obfitości kwiatów ćmówki – najprostszej w uprawie z rodziny storczykowatych, ale też innych odmian, wśród których zielony wygibas, wzorowany na kształcie sosny, zrobił na mnie największe wrażenie.

To najmniejsza odległość, na jaką można się zbliżyć do pałacu cesarskiego. Od normalnego świata rezydencję władcy oddziela głęboka fosa i wysoki mur, choć akurat dzisiaj, co pokazują wszystkie stacje telewizyjne, cesarz i cesarzowa odwiedzają zrujnowane przez monsun Kiusiu. Wokół rezydencji rozpościera się ogromny plac, częściowo zadrzewiony. Tutaj kretyni pokroju Szyszki nie mieliby najmniejszych szans na realizację swych durnowatych pomysłów. Drzewa pamiętają epokę Edo, na trawniku można się położyć, co uczyniłam, nikt nikomu nie przeszkadza. Zawsze będąc w Tokio odwiedzam to miejsce, gdyż daje poczucie absolutnej wolności.

Dzielnica Asakusa czyli miejsce kultu religijnego, ze świątynią Sensoji, i spacerów tokijczyków. W piątkowe popołudnie można tu spotkać grupy młodych ludzi w narodowych strojach. O ile w codziennej modzie obowiązuje minimalizm, również kolorystyczny, w yukatach można poluzować wodze fantazji.

I znowu tradycja miesza się z nowoczesnością, bo jak tu choćby na chwilę wypuścić z ręki smartfon? Może dlatego młode Japonki nie noszą parasolek, bo w jednej trzeba obowiązkowo, jak na damę przystało, nieść torebkę. Do nożnej rikszy nie wypada wsiąść w stroju innym, niż tradycyjny, chyba że jest się turystą.

Shinjuku Gyoen National Garden w epoce Edo /XVII w./ należał do lorda Naito, a od 1906r. stanowi własność cesarza. Prócz ogrodu w klasycznym japońskim stylu z 65. odmianami wiśni, jest jeszcze część w stylu francuskim, z alejami platanowymi i rosarium, oraz angielski ogród krajobrazowy. O tej porze roku kwitną tylko róże i hortensje, więc największą atrakcją jest… cień w alejkach, bo temperatura dzisiaj wynosiła 35 stopni.

Park Yoyogi wiele lat temu Joanna Bator opisywała jako kultowe miejsce wypoczynku tokijskich yuppie. Teraz japiszony mają już dzieci, więc park zmienił charakter i odwiedzają go głównie wielopokoleniowe rodziny.

Stare i nowe Tokio czyli fusion w architekturze, po drodze na słynny targ rybny Tsukiji. Mimo, że miasto zajmuje ogromny obszar dzięki świetnie działającej komunikacji przemieszczanie się między dzielnicami wielkości średniego polskiego miasta wydaje się dziecinnie proste, zaś dotarłszy już do określonej dzielnicy najlepiej zwiedza się ją pieszo, bo zawsze można natknąć się na coś niezwykłego w drodze do wybranej atrakcji turystycznej.

Hama-rikyu Gardens założono w XVII w. Najstarsze sosny w tych ogrodach mają 300 lat i do tej pory ogrodnicy formują ich kształty. W pawilonie z widokiem na oczko wodne mieści się herbaciarnia serwująca zieloną herbatę matcha, również schłodzoną, oraz różne rodzaje ryżowych ciasteczek mochi.

Młodzi ludzie w klasycznych kimonach, którzy z okazji zaręczyn postanowili zrobić sobie sesję zdjęciową w parku, na tle nowoczesnego Tokio.