Azja. Tajwan. Głowa królowej, herbata i kamikaze
26.10–2.11.2016

Korona urbanistyczna ziemi, w przeciwieństwie do tej górzystej, której zdobycie wymaga jednak pewnej kondycji, pozostaje w zasięgu możliwości każdego z nas. Wśród moich ukochanych miast, nie licząc Krakowa, zauważyłam, że wszystkie na starcie dostały wyjątkowo malownicze położenie geograficzne. Góry i morze. Tak właśnie mają: Rio de Janeiro, Singapur, Kapsztad, Hongkong i Tajpej, do którego znowu przywiały mnie przyjazne wiatry. Hotel też ten sam, Beauty Age w malowniczej dzielnicy Xinbeitou, służącej mieszkańcom do wypoczynku, z uwagi na występujące tu gorące źródła i piękne wzgórza idealnie nadające się do trekkingu.

Na tajwańskiej diecie nie sposób przytyć. Na śniadanie zjadłam : sientan /modre jajko kacze, słone jak diabli/, topi /smażony kożuch z tofu/, rousnong /piórka ze skóry prosiaczka -to te miodowe na prostokątnym talerzyku/, mun /grzyby z drzewa/, blanszowaną sałatę w dziwnym sosie, i oczywiście miseczkę kleiku ryżowego. Hotel utrzymany jest w japońskim stylu, okupacja Tajwanu przez Japończyków trwała blisko 300 lat, więc wpływy cesarstwa są wszechobecne. Kompozycje kwiatowe, ikebany, również na to wskazują.

Hotel Beauty Age, w którym mieszkam, należy do dosyć drogich, choć i tak w okolicy jest najtańszy, a nocleg ze śniadaniem dla 2. osób kosztuje 2760 tajwańskich dolarów /ok. 336 zł za dobę/. Ale wart jest tych pieniędzy, szczególnie jeśli chce się go wynająć na godziny, bo wtedy za jedną trzeba zapłacić ok. 150 zł.

Pokój ma powierzchnię 7. mat tatami i widok na niewielki skwer, który nocą zamienia się w salę koncertową dla cykad. . A o jego tajemnicy i największym walorze napiszę później, bo teraz biegnę zwiedzać miasto.

Oto powód, dla którego wybieram ten hotel. Za jego plecami bulgocze gejzer, a turkusowa woda z niego płynie wprost do wanny w mojej łazience. Gorąca, mineralna. Zawsze zachodzę tu w głowę, jakim cudem instalacja wodociągowa i bateria w łazience wytrzymują ten ukrop, bo z kranu naprawdę wylewa się wrzątek. Domowe spa w pakiecie. W hotelowej łazience można śmiało przećwiczyć „gotowanie żaby”, po którym skóra jest idealnie gładka i miękka. Wokół gorącego jeziora za hotelem prowadzi ścieżka spacerowa, okalająca wzgórza porośnięte śliwkowymi drzewami, które z pewnością najpiękniej prezentują się wiosną, w porze kwitnienia. To miejsce na mapie miasta oznaczone jest jako „Ogród Śliw”, a trasa prowadząca do niego ze stacji metra ma tak dokładne oznaczenia, że nie sposób je przegapić.

Tajpej wciąż rozbudowuje bazę turystyczną, zgodnie z długofalowym programem, który zakłada, że turystyka będzie drugim, po know how, filarem gospodarki. Pan na zdjęciu, pracujący przy wznoszeniu kolejnego hotelu, wyraźnie go nie popiera. Cóż, ktoś śpi, by nie spać mógł ktoś. Na jego usprawiedliwienie – upał sięga 40. stopni.

Xinbeitou postrzegam jako uzdrowisko na obrzeżach metropolii – można tu zażywać kąpieli w gorących źródłach, spacerować w górach, niedaleko jest też stąd na plażę w dzielnicy Tamsui. W trakcie spaceru do miejsca, w którym rezydowali japońscy kamikaze podczas II wojny światowej odkryłam maciupeńki ogród w japońskim stylu i sąsiadującą z nim, równie niewielkich rozmiarów świątynię, nie mam bladego pojęcia, jakiego wyznania .

Muzeum Beitou mieści się w dawnym hotelu Kazan, który był bazą wypadową w podróży w jedną stronę dla japońskich kamikaze. Muzeum nie jest warte polecenia, bo w zasadzie oprócz japońskiego ogrodu i wnętrz niewiele ma do zaoferowania. Za to działająca w nim tajwańska restauracja – i owszem.

Lunch w wydaniu tajwańskim. Czysta poezja, a największe zaskoczenie – przejrzysta jak kryształ zupa z białą rzepą i małymi małżami /w czarnej czarce/. W sumie 9 dań i deser. Na szczęście w kuchni tajwańskiej obowiązują japońskie ilości jedzenia podawanego w naczynkach jak dla krasnoludków. Do białych rybek z wodorostami dodano świeżo miażdżone wasabi. Miało moc! A wszystko spożywane w pięknym miejscu, w ciszy, z ledwie słyszalną muzyką w tle. Na miejscu japońskich kamikaze nawet cesarz wołami by mnie nie zaciągnął do samolotu po takiej uczcie.

Tajwańska restauracja w Muzeum Beitou. Jej gośćmi w porze lunchu są wyłącznie kobiety w kilkuosobowych grupkach, mężczyźni w tym czasie przykładnie pracują.

Muzeum warte jest też odwiedzenia ze względu na piękne kompozycje w ikebanach, wykonywane na miejscu przez pracownice muzeum, i oczywiście piękny ogród w klasycznym japońskim stylu.

Ogród w Muzeum Beitou. Zaskoczeniem było dla mnie ośmiokątne okno, które dotychczas spotykałam wyłącznie w chińskich ogrodach. Może to przejaw eklektyzmu…

Tak zachodziło dzisiaj słońce w dzielnicy Tamsui, wśród tłumów obserwatorów, którzy najpierw obserwują schyłek dnia, a potem gromadnie odwiedzają niezliczone knajpki na wybrzeżu. Ich ilość i różnorodność oferowanych przekąsek imponuje równie jak piękno zachodu słońca, a ma tę przewagę, że dłużej można się nimi raczyć.

A to taka atrakcja dla maluszków, pomysł do kupienia od zaraz. Dzieci bezpiecznie się bawią, rodzice mają święty spokój, czyli dwie pieczenie przy jednym ogniu. Tajwańskie dzieci, podobnie jak ich japońscy rówieśnicy, są bardzo dobrze wychowane, ich towarzystwo jest bezkolizyjne, nie krzyczą, nie terroryzują dorosłych.

Jedzenia ci u nich dostatek. Wszystko bardzo smaczne, zwykle świeżo wyłowione z oceanu, to jeśli chodzi o przekąski. Można bezkarnie jeść również doskonale desery, w których cukru jest tylko ciut, ciut.

To, niestety nie