Afryka. Tanzania i Zanzibar. Wielka piątka na piątkę 1-21 sierpnia 2011

Zapach Afryki – niepowtarzalne doznanie, które pojawia się w chwili wyjścia z samolotu w Dar es Salaam i towarzyszy niezmiennie w każdym zakątku interioru Tanzanii – cudowna mieszanka zapachu ziół i roślin sawanny, upału i kurzu, sierści zwierząt, wody, szczególnie uaktywniająca się podczas najpiękniejszych zachodów słońca, jakie udało mi się kiedykolwiek widzieć. W 2004r., po wcześniejszej lekturze powieści Karen Blixen „Pożegnanie z Afryką” i wielokrotnym zachłyśnięciu się filmową adaptacją jej książek pod tym samym tytułem, udałam się do RPA. I chociaż nadal myślę o tej wyprawie jako podróży życia, to muszę przyznać, że mniej cywilizowana Tanzania wywarła na mnie wcale nie mniejsze wrażenie, a dziesięciodniowe safari z pewnością dostarczyło jeszcze bogatszych wrażeń. W RPA byłam na przełomie stycznia i lutego, zaś w Tanzanii w sierpniu, co też ma znaczenie, bowiem latem przyroda daje się znacznie łatwiej podglądać, zieleń jest już mocno wysuszona, więc nie przesłania zwierząt. Za to zimą, gdy sawanna zamienia się w egzotyczny ogród, następują ich masowe migracje, i wówczas na pograniczu Kenii i Tanzanii odbywa się prawdziwy pokaz fauny dla ambitnych tropicieli. Safari należy rozpocząć od poszukania dobrego przewodnika, obdarzonego anielską cierpliwością do niewprawnych początkowo podróżnych, którzy w pierwszych dniach oprócz słonia nie są w stanie zauważyć żadnego żywego stworzenia. Na sawannie obowiązuje bowiem idealna mimikra i nawet biało-czarne paski zebr zlewają się skutecznie z otoczeniem. Rolą dobrego przewodnika jest więc: a/ zerwanie opornych klientów z łóżek najpóźniej o 4 rano, gdyż zwierzęta bladym świtem udają się do wodopoju, umożliwiając nawet nierozgarniętym gapom pierwsze tryumfy w spostrzegawczości, b/ udzielanie cały dzień cennych wskazówek, w jakim kierunku skierować oczy uzbrojone w lornetkę, by zobaczyć coś mniejszego od hipopotama, c/cierpliwe oczekiwanie w zaroślach na pojawienie się najcenniejszych obiektów pożądanych podczas każdego safari, i najrzadziej idących na współpracę z obserwatorami, czyli kotów, d/bezpieczne przewożenie rozemocjonowanych uczestników safari z miejsca na miejsce obserwacji, co możliwe jest dzięki ścisłej współpracy z przewodnikami innych grup i łączności radiowej, e/ przerwanie obserwacji w stosownym momencie, mimo gromkich protestów rozochoconych turystów i przed nadejściem nocy, bo po zachodzie słońca błyskawicznie pojawia się czarna jak smoła noc i bardzo łatwo wówczas mogą pojawić się trudności z dotarciem do obozowiska.

Tanzania jest prawdziwym rajem dla przyrodników. W tym przeogromnym zoo wypatrzenie tzw. „wielkiej piątki”, czyli: bawoła, lwa, nosorożca, słonia i lamparta już po jednym – dwu dniach, gdy wzrok nastawi się na poszukiwania, a przewodnik udzieli cennych wskazówek jak i gdzie go skierować, okazuje się być ekscytującym i dziecinnie prostym zadaniem. W Parku Narodowym Arusha wprawdzie wielkiej piątki się nie skompletuje, bo reprezentują ją tutaj tylko bawoły i to w hurtowych ilościach, za to wzrok należy wyostrzyć na wiszące na drzewach śnieżnobiałe, metrowej długości pióropusze ogonów, bo należą do niezwykle płochliwego i rzadkiego gatunku małp – gerez abisyńskich. Z płaskowyżu tego parku widoczna jest góra Meru – piąty pod względem wysokości masyw Afryki i cel wypraw trekkingowych, a przy sprzyjających warunkach pogodowych nawet pierwszy, czyli Kilimandżaro, której ogrom zapiera dech w piersiach. Niewątpliwą atrakcją tego parku, prócz gerez abisyńskich, pięknych krajobrazów obfitujących w wodospady i jeziora, np. Big Manella Lake – wręcz różowego od wielkich stad żerujących w nim flamingów, krateru wygasłego wulkanu jest… cisza. Miejsce to zwiedza się pieszo, z przewodnikiem uzbrojonym po zęby, bo bawołom zdarza się uskutecznić szarżę na ludzi, i bez obecności grup turystycznych, bowiem adres na szczęście nadal pozostaje nieodkryty.

Kolejne parki narodowe – Tarangire, Kilimandżaro, Serengeti, krater Ngorongoro, jeziora Manyara, w których safari dostarczyło mi łupów fotograficznych w postaci „wielkiej piątki” (jedynie nosorożec okazał się niezbyt fotogeniczny, bo pozwolił się „podejść:” na odległość horyzontu), okazało się również niezapomnianą przygodą, bo bezpośrednich wrażeń podczas np. obserwacji lamparta w trakcie nadrzewnej uczty z upolowanej chwilę wcześniej antylopy, porodu hipopotama, aktu miłosnego lwiej pary, popołudniowego odpoczynku geparda, igraszek lwiątek podczas sjesty, czy spotkania oko w oko z fenkiem i ocelotem nie dostarczy z taką mocą żaden przyrodniczy film.

Park Narodowy Kilimandżaro leży na granicy z Kenią, a jego największą atrakcją jest oczywiście najwyższy szczyt Afryki (5895 m n.p.m.), największa samodzielna góra świata, królująca samotnie nad otaczającą ją równiną. Wspiąć się na nią można jedynie od strony Tanzanii, co doświadczonemu piechurowi zajmie ok. 20. godzin, np. szlakiem Marangu Route wiodącym z wioski Marangu na Uhuru Peak. Do wyboru są jeszcze inne trasy, np. z wioski Machame, i na dwa inne szczyty, Kibo i Mawenzi, ale czas jest porównywalny, więc planując wspinaczkę należy uwzględnić nocleg w którymś z górskich namiotów. Kilimandżaro nie jest specjalnie wymagająca, wspiąć na nią może nawet amator (najmłodszy miał 7 lat), bo nie wymaga alpinistycznego sprzętu i doświadczenia. Podobnie jak większość ludzi wybrałam trasę trekkingową Marangu i po 3. godzinach spaceru w tropikalnym lesie znalazłam się w pośredniej stacji. Szczytu wprawdzie nie zdobyłam, więc śniegu na Kili nie dotknęłam, ale w drodze powrotnej i tak szczękałam zębami, bo po zachodzie słońca błyskawicznie spada temperatura. Żyzne gleby u podnóża Kilimandżaro uprawia plemię Czaga, które dokonało ich podziału na rodzinne parcele o znajomo brzmiącej nazwie „shambo”. Uprawia się na nich głównie kawę i bananowce.

Jadąc główną drogą z Arushy do wyżyny Ngorongoro i Serengeti przejeżdża się przez fragment Rowu Afrykańskiego o półpustynnym dnie porośniętym akacjami i usianym oczkami wodnymi w porze suchej, które w porze deszczowej zamieniają się w jeziora o długości nawet 50 km. Do jednego z nich, Manyara, i parku narodowego o tej samej nazwie prowadzi dobra, asfaltowa droga (zaledwie 2 godziny jazdy samochodem z Arushy), a wejście jest tylko jedno – na skraju wioski Mto wa Mbu. 60% rezerwatu stanowi powierzchnia wód, więc przyjeżdża się tu głównie, by podglądać wodne ptactwo, np. miejsca lęgowe flamingów, i raczej niewyszukane zwierzęta, np. żyrafy, pawiany oliwkowe, czarnosiwe koczkodany, różne gatunki antylop.

Najrzadziej odwiedzanym z czterech rezerwatów dzikich zwierząt w północnej Tanzanii jest Park Narodowy Tarangire. Ok. 5 tys. km kw. tego rezerwatu stanowi obszar leżący w obrębie Stepu Masajów, a 585 km kw. to Obszar Chroniony Tarangire, pozostający pod ścisłą ochroną. Charakterystycznym kadrem pozostającym w pamięci każdego uczestnika safari w tym parku są słonie pod baobabami, jako że jedne i drugie występują tu w gigantycznych ilościach i wielkościach. Od lipca do listopada odbywają się w Tarangire imponujące migracje zwierząt udających się do wodopoju i przekraczających rzekę o tej samej nazwie. Miałam okazję dzięki temu szalonemu nagromadzeniu zwierząt obserwować np. dziki popłoch w stadzie antylop wywołany przez polującą na nie lwicę, z samym morderstwem włącznie, kąpiele – na sucho i mokro- stada słoni, czy lamparta na drzewie pożerającego antylopę. Obowiązkowym punktem programu jest też wizyta w wiosce Masajów i pokaz słynnych skoków w górę z miejsca w wykonaniu młodych mężczyzn. Nadal podstawowym problemem dla tego plemienia pozostaje brak edukacji, bo chociaż w wiosce są „szkoły”, nauka na poziomie wyższym niż czytanie i pisanie wciąż wymaga eskapady do odległych miast, często oddalonych o kilka dni podróży od domu, i naturalnie ogromnych pieniędzy, pochodzących ze zbiórki przeprowadzanej wśród wszystkich mieszkańców osady.

Serengeti, najsłynniejszy rezerwat Afryki, znany przede wszystkim z licznej populacji drapieżników, nie jest ani o jotę przereklamowany. Ilość występujących tu gatunków zwierząt i ich liczebność zaspokoją najbardziej wybrednych uczestników safari. Nie trzeba się wysilać, by zdobyć tu 'wielką czwórkę” (nosorożca wciąż ani widu, ani słychu) i to wielokrotnie, w czym pewnie pomogły mi także doświadczenia zdobyte w poprzednich parkach. Krajobrazy i kolory nieodłącznie kojarzą się z Meryl Streep i Robertem Redfordem, nigdy nie pogodzę się z tym, że akcja filmu Sydeya Pollacka „Pożegnania z Afryką” toczy się w Kenii. W Parku Narodowym Serengeti bezwzględnie należy wybrać opcję noclegów w namiotach na jego obrzeżach. To jest prawdziwa przygoda! Zwierzęta są tu u siebie, więc podchodzą nocą do obozowiska, w moim przypadku była to rodzina żyraf, która zatrzymała się u wejścia do namiotu. Występują tu najpiękniejsze zachody słońca, zaś po zmierzchu zaczyna się prawdziwy koncert muzyki relaksacyjnej, bo sawanna przecież nie zasypia i uaktywniają się wówczas gatunki gustujące w w nocnym życiu. Nazwa parku pochodzi z języka maa, w którym „serengeti” oznacza „nieskończoną równinę”. I taka właśnie ona jest w tym miejscu świata. Niestety nie udało mi się zobaczyć stada antylop gnu, liczącego ponad milion sztuk maszerującego rokrocznie w czterdziestokilometrowej kolumnie na dystansie ok. 800 km z południowych równin na północ w okresie maj-lipiec, w zależności od rozpoczęcia pory deszczowej, podobno najwspanialszego spektaklu oferowanego przez dziką przyrodę. Sierpień, gdy byłam w Serengeti, nie jest dobrym czasem na safari w tym parku, gdyż antylopy gnu są wówczas za kenijską granicą, w Rezerwacie Narodowym Masai Mara, ale przecież przyjeżdża się tutaj także dla kotów, a tych widziałam istne zatrzęsienie. Po 121. lwie przestałam je liczyć.

Wschodnie rozszerzenie Parku Narodowego Serengeti i Obszar Chroniony Ngorongoro swą nazwę zawdzięcza największej kalderze wulkanicznej na świecie, Głęboka na 600 m i zajmująca powierzchnię 260 km kw. robi imponujące wrażenie przede wszystkim różnorodnością pastelowej kolorystyki i rozmiarami. Z krawędzi krateru nawet z tak dużej wysokości widoczne są zwierzęta, które w tej wielkiej dziurze spędzają całe swe życie, ale też tłumy turystów, co sprawia, że Ngorongoro bardziej przypomina zoo, niż rezerwat. Natomiast tylko tutaj i jakby na pożegnanie udało mi się z kosmicznej odległości zauważyć nosorożca, a właściwie dwa – ledwo widoczną na horyzoncie parę (na trzecim zdjęciu poniżej). Moje safari w parkach narodowych Tanzanii zorganizowała miejscowa agencja turystyczna Soko Adventure (www.sokoadventure.com), a przewodnikiem z wielkim zaangażowaniem łączącym pracę i życiową pasję był Mohammed. Wybierając się na safari można zapomnieć wszystkiego, oprócz jednaj rzeczy – dobrej lornetki, bez niej nie ma życia. Ważny jest także wybór terminu, w zależności od tego, co chce się zobaczyć. Jeśli wielkie migracje zwierząt – w pogranicze Tanzanii i Kenii trzeba celować wczesnym latem, jeśli zaś wystarczą spokojne obserwacje – śmiało może to być schyłek tej pory roku.

Po intensywnych wrażeniach poszukiwacza przygód osiadłam w części wypoczynkowej podróży na zanzibarskiej mieliźnie, wybierając północno-wschodnie wybrzeże wyspy i jeden z bungalowów na plaży Hotelu Garden Palms, prowadzonego przez wrocławianina Artura Miarkę. Miejsce fantastycznie nadaje się do wypoczynku, ośrodek jest maleńki, zaledwie kilka domków, plaża zupełnie pusta, bo od molocha – Hotelu Kempinski – dzieli go kilka kilometrów, więc goście tego ostatniego tu nie docierają. W charakterze atrakcji występują: czysta woda i potężne odpływy pozwalające na dalekie spacery po dnie oceanu, zachwycające zachody słońca, cisza i spokój, świetna kuchnia (polecam zwłaszcza kolacje na plaży z olbrzymimi langustami w głównej roli, doskonałe carpaccio z ośmiornicy i inne frykasy świeżo wyłowione z wody). Sąsiednia wioska Pwani Mchangani nie zachęca wprawdzie do odwiedzin, bo nic ciekawego w niej nie ma, za to pobliska plantacja i owszem, bo uprawia się na niej egzotyczne dla nas rośliny, np. kawę, wanilię, carambolę, mango, ananasy, pieprz.

Można też wybrać się do stolicy wyspy, miasta o tej samej nazwie, które ma bardzo ładną starówkę Stone Town, o uliczkach tak wąziutkich, że transport odbywa się jedynie na rowerach i motocyklach. Do Zanzibaru większość turystów przyjeżdża zwabionych magią nazwiska wokalisty zespołu Queen – Freddiego Mercury’ego, poszukując domu, w którym mieszkał zanim zaczęła się jego światowa kariera. Jak często się zdarza w przypadku sławnych ludzi, dobrym przykładem jest Krzysztof Kolumb, w którego kilku miejscach urodzenia już byłam, w Zanzibarze również wiele domów rości sobie prawa do miana siedliska rodziny Mercury. Natomiast muzeum poświęcone Freddiemu jest na szczęście jedno i bez trudu można doń trafić. Kamienne Miasto przypomina kulturowy kogel-mogel, wyraźne są w nim wpływy wielu kultur – indyjskiej, afrykańskiej, arabskiej, europejskiej, więc przy okazji zwiedzania można też oczywiście skosztować potraw z różnych zakątków świata. A że wyspa znana jest z upraw aromatycznych roślin i przypraw najlepszym przewodnikiem okazuje się nos.

W przeszłości stolica wyspy odgrywała przez wiele lat niechlubną rolę centrum wschodnioafrykańskiego handlu niewolnikami między Afryką i Azją. Ofiarom tej haniebnej działalności poświęcony jest wstrząsający pomnik. W głębokim dole, sądzę, że symbolizującym dolny pokład statku, w którym przewożono ludzi, stoją wyprostowane postaci, oskarżycielsko patrzące przed siebie, w różne strony świata. Na zwiedzanie stolicy wyspy wystarczy popołudnie, gdy nie doskwiera już upał, a znad oceanu wieje przyjemna bryza. Zanzibar, podobnie jak Wyspy Zielonego Przylądka czy Mauritius z pewnością świetnie nadaje się zarówno do leniwego wypoczynku, jak też aktywnego, szczególnie kitesurfingu. W sferze moich zainteresowań pozostał jednak tylko leżak, na organizowany w hotelowym basenie kurs nurkowy zabrakło mi odwagi.

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
Wszystkie komentarze
0
Would love your thoughts, please comment.x